
Została założona w 2016 roku przez czterech państwowych gigantów z branży elektrycznej - PGE Polska Grupa Energetyczna SA, Energa SA, Enea SA i Tauron Polska Energia SA. Firma otrzymała 70 mln zł kapitału zagranicznego oraz biuro w Warszawie. I na długi czas zapadła cisza (pomińmy litościwym milczeniem konkurs na wygląd auta).

Jednym słowem - Elektromobility zapłaciła Niemcom za projekt techniczny i Włochom - za projekt stylistyczny. Torino i EDAG wywiązały się z zadania, dzięki czemu Electromobility mogło zaprezentować oficjalnie dwa samochody koncepcyjne - e-hatchbacka i e-SUV-a.

Co jeszcze wiemy? Marka samochodów to Izera, co ma pochodzić od Gór Izerskich. Logo - wg producenta - "może być interpretowane na co najmniej dwa sposoby. Można dostrzec w nim kompas, bo samochody elektryczne wyznaczają kierunek rozwoju elektromobilności w Polsce. To też diament otoczony dłońmi – co ma symbolizować troskę i opiekę."

Jednym słowem, Electromobility zamierza dopiero kupić płytę podłogową przeznaczoną dla samochodów elektrycznych. W Polsce nikt takim rozwiązaniem nie dysponuje, trzeba będzie zwrócić się do światowych producentów, np. do Volkswagena. A że opracowanie płyty podłogowej to jest proces niezwykle kosztowny, można się spodziewać, że tanio nie będzie. Mówimy tutaj o kwotach rzędu miliardów euro, dlatego na jednej płycie buduje się przynajmniej kilka modeli, a coraz częściej światowe koncerny nawiązują współpracę i dzielą się płytami.

Tyle tylko, że produkcja seryjna samochodów Izery ma ruszyć w 2023 roku. Patrząc realnie, to i tak jest wyśrubowany termin. Trzeba przecież pozyskać wspomniane płyty (a wcale nie muszą to być te same, na których zbudowano concepty, inna płyta oznacza zupełnie inny samochód), silniki elektryczne i baterie, przejść z etapu samochodów koncepcyjnych to produkcyjnych, odbyć testy, zdobyć homologacje, opracować oprogramowanie (a jak to jest trudne pokazuje przykład opóźnionej premiery Volkswagena ID.3), a także... zbudować fabrykę.
A ceny samochodów marki Izera... lepiej na razie pominąć. W rynkowych realiach nie ma szans, żeby to był samochód dla Polaków. Takie auta nie mogą kosztować mniej niż 150 tys. zł.





