
Tyle teorii. W praktyce... dopłaty wciąż nie ruszyły. Wspomniane wyżej rozporządzenie jest podstawą do ogłoszenia naboru wniosków o dopłaty. Nabór ma ogłosić Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który jest dysponentem środków z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu (FNT). Na razie nabór nie został ogłoszony i aktualnie nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Tymczasem pod dopłaty podlegają samochodu zakupione dopiero po ogłoszeniu naboru...

Kolejna zła wiadomość? Dofinansowanie nie działa w ten sposób, że idziemy do salonu, wpłacamy 70 proc. wartości samochodu i możemy już jechać szukać stacji ładowania. W tym zakresie przepisy również skonstruowano w sposób utrudniający życie osobom chcącym kupić auto na prąd.

Ustawodawca zadbał również o to, by kupującego przesadnie nie rozpuścić. O ile za 125 tys. zł wybór samochodów spalinowych jest szeroki, to już w przypadku aut elektrycznych tak różowo nie jest.
Więcej - lista jest bardzo krótka. Pod progiem dopłaty skalkulowano ceny Opla Corsy e i Peugeota 208 i... to są największe auta, jakie można kupić. Ich cena po dopłacie ze 125 tys. spadnie na około 87 tys. zł.

Po dopłatach koszt zakupu Skody Citigo e wyniesienie około 51 tys. zł, Smarta - 66 tys. zł, a Volkswagena e-up! - 67 tys. zł. Natomiast Nissan Leaf będzie kosztował 85 tys. zł. Brzmi dobrze? Owszem, ale tylko do momentu porównania z cenami aut spalinowych. Przykładowo, regularne ceny Skody Citigo z silnikiem benzynowym zaczynają się poniżej 40 tys. a Peugeota 208 czy Opla Corsy - poniżej 65 tys. zł.
Sensu ekonomicznego w zakupie auta elektrycznego wciąż więc nie ma...





